| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            




...na rurzowo
piątek, 13 listopada 2009

Niedawno przyjechała do mnie w odwiedziny kuzynka. Kuzynka ledwo pełnoletnia. Przywiozła ze sobą dwie przyjaciółki. Dziewczyny miały do wyboru szeroką gamę miejsc, w których mogły spędzić te kilka dni: bary, muzea, parki, teatry, kina, inne miasta... I gdzie spędziły większość czasu? W łazience. Tak. W mojej łazience. Nie, nie potrzebowały stoperanu. I nie, nie śmierdziało tam potem trawką a na desce klozetowej nie było śladów bialego proszku. Do łazienki chodziły zawsze razem, zamykały się i gadały. Kilka razy dziennie. Po godzinę, czasem dłużej. Okazuje się, że łazienka owa przebiła nawet telewizor i komputer, do których również miały dostęp.

Teraz wytłumaczę coś panom, którzy przeważnie bardzo dziwią się kobiecej tendencji do chodzenia wspólnie do kibelka. Otóż takie wspólne eksapady na siku są tradycją bardzo pragmatyczną. W klubie, w knajpie, w restauracji... Po pierwsze: często do kibelka jest kolejka. Dzięki towarzystwu można umilić sobie czekanie przyjemną rozmową. Po drugie: taka rozmowa nie zawsze może być przeprowadzona przy facetach, bo oni nie rozumieją, jak można rozmawiać o uczuciach. Po trzecie: kobiety w toalecie nie tylko sikają - ale też poprawiają makijaż lub fryzurę. Chodzenie tam parami ma więc uzasadnienie ekonomiczne czasowo. Jedna sika - druga się maluje. :)

Tak jednak jak grupowa wycieczka do kibelka w knajpie ma swoje logiczne uzasadnienie, tak wspólne zamykanie się w łazience w czyimś domu jest już dla mnie niezrozumiałe. Ale nie tylko to dziwi mnie u panieniek na progu dorosłości.

Współczesne nastki są już kobietami wyzwolonymi. Bez zażenowania przyznają, że są zakupoholiczkami, mają fioła na punkcie mody, uwielbiają Gabi z "Desperatek" a zaawansowanie w związkach męsko-damskich mierzą ilością zdobytych doświadczeń seksualnych. Nie tak ja czy moja mama interpretowałyśmy wyzwolenie w wieku nastu lat. I nie próbuję teraz dorzucić swoich trzech groszy do walki międzypokoleniowej.

Po prostu zastanawia mnie, jakim cudem  taka Gabrielle Solis,gabi jedna z głównych bohaterek serialu "Desperate housewives" może być dla kogokolwiek wzorem do naśladowania. A najwyraźniej jest. I wiele młodych kobiet się do takiego wzorca bez zażenowania przyznaje. Gabrielle jest emerytowaną modelką, która chyba nie zdobyła żadnego wykształcenia, jej jedynym celem życiowym jest "dobrze wyglądać" a zostawiona przez męża nie potrafiłaby się sama utrzymać bez pomocy innego mężczyzny. Na domiar złego ta kobieta nie nadaje się nawet na kurę domową, bo nie jest ani dobrą matką, ani gospodynią. Nie umie właściwie nic. Jej zawodem jest... prostytucja małżeńska, bo tak można określić kobietę, która liczy na finansowy raj w zamian za sam fakt bycia seksowną kobietą. I taka kobieta jest idolką nowego pokolenia kobiet.

Wiem wiem.. Wbrew temu, co napisałam, to wygląda tak, jakbym wpisywała się w nurt babć psioczących na młodzież. Mi jednak nie przeszkadza głupota w społeczeństwie. Ona była i będzie. Wśród moich rówieśników też są idioci. Ba, niejeden profesor nie błyszczy inteligencją. Ja po prostu widzę w tym całym zjawisku jakim jest fanklub Gabrielle Solis jakąś Amerykańską Grypę. Zarazę, która doszła do Polski zza oceanu za pośrednictwem mediów. Bo pamiętam jak dziś, że kiedy kilka ładnych lat temu przyjechała do mnie znajoma ze Stanów, nie wiedziałam, kim jest Paris Hilton. Tereska zdziwiła się.

- Yyy... naprawdę nie wiesz, kto to jest Paris Hilton?
- Nie. A kim ona jest?
- Córką Hiltona. Hilton ma kupę kasy i pracuje w hotelarstwie.
- Aha. A kim jest Paris?
- No jego córką.
- A co ona robi?
- No jest jego córką.
- Aha.
- Seg...
- No?
- Ja się chyba przeprowadzę do Polski znowu. Chciałabym mieszkać w kraju, w którym nie musialabym znać Paris Hilton.

sobota, 31 października 2009

...czyli jak nas kiwają koncerny farmaceutyczne.

Już od dawna mnie korciło, żeby zestawić skład popularnych leków na przeziębienie i porównać ich ceny. Wreszcie natchnął mnie kominek i odbyłam przyspieszony kurs medyczny w internecie. Przy okazji sprawdzania leków bowiem, dowiedziałam się wreszcie za co odpowiedzialne są ich substancje czynne, czyli to, co nas faktycznie leczy.

Dzięki temu poradnikowi nie będzie już tak łatwo wcisnąć Wam, czytelnikom Segritty.pl jakiegoś drogiego specyfiku w aptece, podczas gdy za niższą cenę moglibyście kupić coś o identycznym lub wzbogaconym składzie. No, to zaczynamy.

Na pierwszy ogień poszły leki uśmierzające ból i zwalczające gorączkę, a więc to, co się bierze w pierwszych objawach przeziębienia lub grypy, zanim wystąpi katar, ból gardła i kaszel. Lekami na te ostatnie przypadłości zajmę się w kolejnym tekście, bo wyszło tego dość sporo. Zebrałam najpopularniejsze, reklamowane leki i zestawiłam je w tabelkę, z której dowiecie się, co dokładnie znajduje się w środku i jaka jest cena dziesięciu tabletek. Na celowniku są: Apap, Coldrex, Gripex, Tabcin, Fervex, Aspirin, Polopiryna, Rutinoscorbin i Scorbolamid. Zawartość poszczególnych składników podana w mg.

leki na przeziebienie

* ceny w PLN wyliczone na podstawie oferty internetowej apteki i-apteka.

Jak widać, większość z nich bazuje na dwóch popularnych lekach przeciwbólowych i przeciwgorączkowych: paracetamol i kwas acetylosalicylowy. Reszta to różne dopalacze, które mają nam ułatwić życie i sprawić, że wybierzemy ten produkt a nie inny. Czy na pewno jednak warto w nie inwestować? Przekonajcie się sami, poznając znaczenie enigmatycznych nazw związków z góry tabelki.

PARACETAMOL – to popularny lek przeciwbólowy i przeciwgorączkowy. cza i paracetamolDziała. Co do tego nie ma wątpliwości. Są natomiast wątpliwości co do mechanizmu działania, mimo że lek stosowany jest już od 1955 roku. Osoby regularnie pijące alkohol powinny jednak uważać na paracetamol, bo może u nich spowodować poważne uszkodzenia wątroby, o czym w latach 60’ przekonało się kilku alkoholików, niech Pan świeci nad ich duszami… Ciekawostka: paracetamol jest silnie toksyczny dla kotów i nawet najmniejsza dawka może sierściucha zabić.

KWAS ASKORBINOWY – to po prostu witamina C, a jej największe stężenia zaobserwowano oczywiście w polskich dziewczynach. witamina cWitaminie C przypisuje się mnóstwo cudownych właściwości, ale tak naprawdę nie ma jednoznacznej opinii lekarskiej co do jej skuteczności. Podobno działa dobrze w pierwszych objawach przeziębienia, bo poprawia odporność, ale nawet tu łatwo znaleźć głosy niedowiarków. Generalnie jednak przyjmowanie dużych ilości kwasu askorbinowego i tak nic nie da, bo nadmiary człowiek zwyczajnie wysika. Ciekawostka: Unia Europejska zaleca dzienną dawkę 2g i lepiej jej nie przekraczać, choć jeden z największych wyznawców witaminy C, dr Linus Pauling dziennie zjadał 18 gram i dożył 93 lat. No cóż… Moja babcia nie jadła tyle a dożyła 98. I paliła (bo to u nas rodzinne).

KWAS ACETYLOSALICYLOWY – popularnie nazywany jest aspiryną. I tu trzeba się ukłonić Bayerowi, którego nazwa firmowa leku „Aspirin” kora wierzbowatak zadomowiła się w języku, że przestała być tylko nazwą własną i podzieliła losy adidasów, walkmena czy klaksonu. Kwas acetylosalicylowy działa podobnie do paracetamolu, ale oprócz uśmierzania bólu i przeciwdziałania gorączki ma silniejsze właściwości przeciwzapalne. Wadą tego leku jest jednak fakt, że szkodzi błonie śluzowej żołądka, co może powodować wrzody. Dlatego też aspirynę trzeba popijać dużą ilością wody, a najlepiej w ogóle przyjmować ją w postaci musujących tabletek. Ciekawostka:  Salicylan występuje w wierzbie, o czym mówił już Hipokrates. I tak leczono różne migreny wywarem z kory wierzbowej, aż w średniowieczu zakazano tego procederu, bo… wierzba okazała się ważnym surowcem w przemyśle lekkim.

PSEUDOEFEDRYNA – to substancja sympatykomimetyczna, kejt mosczyli pobudzająca współczulny (sympatyczny) układ nerwowy. Prawda, że miło? Już ją lubimy. Lubią ją też studenci, początkujące ćpuny i karczki z osiedlowych siłowni, bo usuwa senność, dodaje energii i poprawia zdolność koncentracji. Może też wywoływać drżenie rąk i przyspieszoną akcję serca. Pseudoefedryna jest używana w leczeniu zapaleń górnych dróg oddechowych, bo obkurcza naczynia krwionośne i zmniejsza obrzęk błon śluzowych, co pomaga oczyścić nos podczas kataru i odkasływać przy zapaleniu oskrzeli. Ciekawostka: ta prekursorka amfetaminy jest nielegalnym środkiem dopingującym.

DEKSTROMETORFAN – tłumi kaszel. Niestety tylko suchy. Poza tym jest pochodną kodeiny i znajduje się w przyborniku każdego Małego Narkomana, bo zażyty w dużych dawkach powoduje halucynacje, wrażenie oderwania od własnego ciała i utratę tożsamości.

MALEINIAN CHLORFENYRAMINY – to lek przeciwhistaminowy, a więc zmniejsza wydzielanie się wodnistego kataru, a oprócz tego usypia. Dlatego nie radziłabym przyjmowanie fervexu (który spośród innych leków ma najwięcej tej substancji) przed długą trasą samochodową.

DIFENHYDRAMINA – kolejny lek przeciwhistaminowy, którego częstym efektem ubocznym jest senność. Właściwie działa tak samo jak maleinian chlorfenyraminy, ale może tez zafundować pacjentowi wycieczkę po krainie fantazji, bo w większych dawkach powoduje bardzo realistyczne omamy wzrokowe i słuchowe. Niestety nie zawsze przyjemne.

KOFEINA – któż jej nie zna. Jest w kawie i koka-koli. Jzwieraczako teina występuje w herbacie; jako guaranina – w nasionach guarany i jako mateina – w yerba mate. Po prostu kolejna substancja psychoaktywna, która ma człowieka pobudzić. Jedno espresso zawiera 100mg kofeiny, czyli prawie dwa razy więcej niż każdy z leków wymienionych w tym przewodniku. A jak działa kofeina? Na krótki czas usuwa zmęczenie, polepsza koncentrację, ale osłabia pamięć długotrwałą, zwiększa poczucie niepokoju i lęku oraz, co bardzo ważne, rozluźnia zwieracz wewnętrzny odbytu. Ciekawostka: imam Shihab al-Din powiedział: "picie [kawy] jest halal [dozwolone], ponieważ wszystkie rzeczy są halal, za wyjątkiem tych, które Bóg uczynił haram [zakazanymi]". Weźmy to sobie do serca. ;)

FENYLEFRYNA – zbudowana podobnie do efedryny ma też podobne do niej działanie. Obkurcza śluzówkę nosa, co pomaga na katar, ale oprócz tego podnosi ciśnienie, co sprawia, że nie powinna być łączona z pobudzającą kofeiną. Ale ci od coldrexu chyba o tym nie wiedzieli.

WODZIAN TERPINU – wyrwie Wam flegmę z oskrzeli. Jeśli ją macie. Jeśli nie, będzie na pewno miłym urozmaiceniem nudnej rzeczywistości a może i psa wyprowadzi lub naczynia pozmywa…

RUTOZYD – to witamina P jak Pupa. Od rutozydu oczekuje się uszczelnienia naczyń krwionośnych, ale chyba naukowcom zabrakło czasu, by takie działanie udowodnić. Pozostaje nam zaufać reklamom telewizyjnym i hasłu Rutinoscorbinu "Bierz jak Cię bierze".

SALICYLAMID – jest odmianą kwasu acetylosalicylowego i praktycznie się od niego nie różni w działaniu.

Wiele z tych środków to, jak widać, substancje mające sprawić, że poczujemy się lepiej, choć wcale nie atakują choroby. Wiele to leki na coś, czego nie mamy. Wiele to proste składniki codziennej diety, które możemy przyjąć w postaci naturalnej. I wreszcie - wiele z nich może nam zaszkodzić, jeśli przyjmiemy je lekkomyślnie, bez znajomości własnego organizmu ani ulotki. Pozostaje tylko pytanie, czy chcesz płacić za reklamę leku, naiwne animacje i ładne opakowanie - czy raczej wolałbyś pozbyć się przeziębienia. Bo jeśli to drugie, sam zdecyduj, jakich składników potrzebujesz i dobierz lek, który je zawiera.

 

Podczas pisania poradnika korzystałam z następujących źródeł:

http://www.klubzdrowia.eu/
http://pl.wiktionary.org/
http://www.grabieniec.pl/

Bardzo fajny artykuł o lekach w "Polityce"

A konsultację chemiczną zapewniła czołowa chemiczka polskiej blogosfery - m_e_l_a_s_a

Wszyscy razem: Dzię - ku - je - my - me - la - so!


 

piątek, 30 października 2009

Prawdopodobnie nieobce jest Wam słowo "gender", choć pewnie niewielu z Was miało przyjemność wniknięcia w znaczenie tego pojęcia i całej zbudowanej na nim filozofii. Gender to, w wielkim skrócie, określenie płci - ale nie płci biologicznej (ang. sex) i obecności penisa lub waginy - tylko płci kulturowej, która kształtuje naszą tożsamość i każe nam zachowywać się i myśleć w określony sposób.

Zwolennicy genderu zapędzili się w swoich wnioskach do teorii, jakoby nie istniały biologicznie nam przypisane cechy psychiczne żeńskie bądź męskie, a jedynie zostały one narzucone nam w procesie wychowania. Czyli to tylko kultura sprawia, że dziewczynki są w większości humanistkami a chłopcy brylują w przedmiotach ścisłych. To kultura uczyniła z mężczyzn przywódców a z kobiet - kury domowe. To kultura, rodzice, środowisko, wzorce, media.. My sami zaś jesteśmy niezdefiniowani biologicznie i jedynym, co natura nam narzuciła, jest wygląd i rola w procesie reprodukcji.

I tu niestety nie zgadzam się z genderowcami. Natura ukształtowała nie tylko cechy fizyczne płci, ale też ich mentalność i szeroko pojmowaną konstrukcję psychiczną. Oczywiście ukształtowała je pośrednio, poprzez funkcje reprodukcyjne człowieka jako gatunku i jestem przekonana, że większość z cech "kulturowo przypisanych" kobietom można wytłumaczyć ewolucyjnie i umotywować ich istnienie.

Spójrzmy na przykład kobiet w polityce lub na stanowiskach kierowniczych. Jest ich zdecydowanie mniej niż mężczyzn. Feministki twierdzą, że to wynik dyskryminacji płciowej. Ja twierdzę, że kobiety po prostu mają mniejsze parcie na władzę. To mężczyzna dąży do dominacji, przewodnictwa, pieniędzy. Dlaczego? Bo dzięki temu ma szansę na więcej samic. Ewolucynymi cechami atrakcyjnego samca są bowiem te cechy, które uczynią z niego dobrego ojca, czyli ojca, który będzie w stanie ochronić swoje potomstwo i zapewnić mu byt w czasie, gdy matka nie będzie do tego zdolna (ciąża i pierwsze lata życia dziecka). Dlatego kobiety szukają silnych (nie tylko w pojęciu siły fizycznej), pewnych siebie, cieszących się szacunkiem i respektem, przedsiębiorczych mężczyzn. Jakimi cechami zaś powinna dysponować kobieta? Dokładnie takimi, jakimi powinna dysponować dobra matka. Czułość, sumienność, zdolność do poświęceń, ostrożność.

Dlatego sądzę, że niezależnie od wzorców społecznych, w warunkach kulturowo sterylnych dziewczynki i tak wybierałyby zabawę w dom - a chłopcy bawiliby się w wojnę. I istnieją psychiczne cechy płciowe, a co za tym idzie, mamy pełne prawo oceniać kogoś jako bardzo lub mało kobiecego / męskiego.

Inną sprawą są cechy osobnicze poszczególnych jednostek, ale tu już wkraczamy w sferę queeru. Ogólnie jednak rzecz ujmując, nie ma czegoś takiego jak "norma", jest jedynie średnia. A średnia nie zawsze obejmuje większość. Każdy z nas dysponuje całym garniturem cech, z których część jest męska, część żeńska; część homoseksualna i część heteroseksualna. Nie wiem, czy istnieje człowiek, który byłby w stu procentach heteroseksualnym, stuprocentowym mężczyzną. Wydaje mi się, że jest to jedynie pojęcie abstrakcyjne, choć oczywiście wielu facetów chciałoby się do tej grupy zaliczać.

 

czwartek, 15 października 2009

Sobota w mojej ulubionej sopockiej knajpie. Czekałam na znajomego, który mocno się spóźniał. Zajęłam więc ulubione miejsce przy barze, zamówiłam ulubionego drinka i póki ruch był niewielki, rozmawiałam z barmanką. Koło północy jednak knajpa zapelniła się a ja stanęłam przed wyborem - czytać Wysokie Obcasy lub poznać jakieś miłe zastępstwo spóźnialskiego znajomego. Wybrałam oczywiście to drugie. Okazja, jak to okazja, nadarzyła się sama. Dwóch mężczyzn stanęło obok mnie, próbując zamówić piwa u barmanki.

- Kopę lat! - rzuciłam. - co słychać?
- D..dobrze - odpowiedział jeden z nich, starając się przypomnieć sobie, skąd możemy się znać. Oczywiście nie znaliśmy się, z czego szybko zdali sobie sprawę. Nie zepsuli jednak gry. - jak tam Piotrek? Wciąż w Barcelonie siedzi?
- Tak - odparłam - zakochał się w tym mieście.

Jeden wyglądał na Kacpra, drugi na Michała. Spytałam, na kogo ja wyglądam. Początkowe zdziwienie zastąpiła wreszcie ciekawość.

- Wyglądasz na Ninę.
- A czym się zajmuję?
- Jesteś zabójczynią.

I tak się zaczęło. Michała widziałam jako członka mafii, Kacprowi dałam ciepłą posadkę w polityce. Spędziliśmy noc, grając role, które sami sobie nadaliśmy. Nie poznaliśmy swoich prawdziwych imion, nie wymienilismy się telefonami. Przecież znamy się od lat, pracując w tej samej branży. ;)

P.S. Dzisiejszy wpis dedykuję dvorakowi i z dumą przedstawiam domenę www.segritta.pl :)

 

sobota, 10 października 2009

Tak, wiem. To wczorajszy nius, a więc już nie nius, ale nie mogłam wczoraj opublikować notki, bo nie mialam netu. Jestem chwilowo w Sopocie i nie mam łącza w mieszkaniu, choć lap widzi tam kilka sieci (między innymi widzi sieć "kocie gniazdko", więc jeśli czyta mnie któryś z kotów, proszę o kontakt. :)).

Wracając jednak do wczorajszego niusa, Oba ma nagrodę, na którą nie zasłużył,  a przynajmniej świat jest tego zdania. I trudno się ze światem nie zgodzić, bo tak jakoś dziwnie to wygląda, że prezydent kraju toczącego dwie wojny i okupującego inny kraj - dostaje pokojową nagrodę Nobla. oba ma

Wszyscy kochają Obę, ja też kocham Obę i norweski komitet też... nie... zaraz... No właśnie norweski komitet noblowski Oby najwyraźniej nie kocha, bo przyznając mu nagrodę, nastawił świat przeciwko niemu. Facet nawet nie wiedział, że coś mu przyznają, bo sobie smacznie spał wtedy. A tu nagle rano dostaje informację, że ma Nobla. Pewnie się zdziwił nie mniej niż my, ale chwilę później zalogował się na fejsbuku i przeczytał, że jest nieudacznikiem, nic nie osiągnął i nienawidzi Tybetu. Do tej pory rozpuszczany wyrazami miłości teraz dostał po glowie za coś, czego nie zrobił.

Dlatego żal mi Oby, bo po raz pierwszy Nobel nie znobilitował, tylko ośmieszył. Cwani Norwegowie...

A cytat na dziś to Si vis pacem para bellum czyli "Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny", choć teraz to powinno brzmieć "Jeśli chcesz pokojowego Nobla, szykuj się do wojny". ;)

P.S. Ml76, jutro wpadnę do Was! Jakoś późnym popołudniem, ale wpadnę. Nastaw psychicznie Wielkiego Cza. Będzie miziany.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69